Strony

piątek, 1 kwietnia 2016

Rozdział 7 2/2-przygotowania do balu

Minął dokładnie tydzień od mojego wybudzenia. 168 godzin od czasu, w którym spotkałam Pana dupencje od fontanny, 10 080 minut od kiedy zostałam wywalona z górnego łóżka przez pannę Herondale oraz kilka sekund od czasu, w którym dowiedziałam się, że muszę uczestniczyć w jakimś nieformalnym balu, mając za partnera Pana idealnego, o krwawym nosie, który swoją drogą, zachowuje się jakby miał okres. A jakby tego było mało panna desperatka, ubolewa nad losem swego misia, który został przeze mnie spalony w kominku, znajdującym się w centrum życia tej akademii (co można wziąć za zdumiewający fakt), miejscu gdzie przebywać mogą tylko najlepsi z najlepszych (choć głupi też się znajdą) albowiem bibliotece.

Być może wielu z was zastanawia się czym ten biedny misiek zasłużył sobie na tak bolesną śmierć, lecz to jest opowieść na kiedy indziej.

Wracając do tematu balu...
Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, iż w akademii, która ma zamiar wyszkolić nas na pogromców Potępionych, odbędzie się bal aby uczcić nasze przybycie, wyśmiałabym go i uznała, że czyta za dużo książek ale teraz, kiedy stałam w sali treningowej, przyglądając się, jak starsi uczniowie wraz z nauczycielami, próbują wygonić tych młodszych, aby w spokoju przygotować uroczystość, mogłam jedynie na to patrzeć mentalnie załamana. Jednak śmiesznie było mi patrzeć jak Pan wymiot, siłuje się z balonami. To był chyba jedyny atut tego wszystkiego i przede wszystkim niecodzienny widok. Jego bulwers na twarzy był nie do opisania, kiedy pękły mu wszystkie balony, które trzymał. Widząc to, uśmiechnęłam się złośliwie, po czym wraz z innymi pierwszakami, opuściłam salę, chowając dłonie do kieszeni bordowej bluzy, którą aktualnie miałam na sobie. Skierowałam się w stronę pokoju, znajdującego się na trzecim piętrze, w którym zapewne była tylko Emma, która mimo szczypty diabelskiej osobowości, była całkiem, w porządku. Muszę przyznać, że da się z nią wytrzymać znacznie dłużej, niż z Rachel.

Zaś jeśli chodzi o naszych partnerów...
Jest to nieco skomplikowane, gdyż, nasza, szanowna Pani dyrektor, stwierdziła, iż na około 20 dziewcząt może przypaść jeden partner, który w moim przypadku, jest mentorem grupy, do której należę.
Nie żebym wątpiła w dyrektorkę, ale ten pomysł jest zdecydowanie nie najlepszy. To tak jakby jeden chłopak umówił się na randkę z 20 dziewczynami, w tym samym czasie i o tej samej porze. Nie pominę, również faktu, iż w mojej grupie jest kilku chłopaków, więc no ten...

Po wejściu do pokoju, skierowałam się w stronę swojego łóżka, które w obecnej sytuacji było moim jedynym pocieszycielem. Rzuciłam się na kołdrę, po czym jęknęłam płaczliwie, ledwo powstrzymując krzyk niezadowolenia.
Nie zwróciłam nawet uwagi na moją współlokatorkę, która przyglądała mi się teraz uważnie, przeczesując sobie włosy, palcami.

Usiadłam, opierając się plecami o ścianę, przyciskając do brzucha miękką poduszkę, po czym spojrzałam na rudowłosą.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a nim zdążyłam, rozpocząć rozmowę, z ust dziewczyny wyleciała uwaga.

-Wyglądasz okropnie.

Można się było tego spodziewać.

-Poważnie masz zamiar powtarzać te dwa słowa do końca mojego mizernego życia?-cisnęłam w nią moją, różową poduszką, na której widniał napis jednego z moich ulubionych zespołów.

Mruknęła coś pod nosem, patrząc się na mnie z groźbą, wypisaną na twarzy.

-Przypomnij mi, czemu ja tak właściwie się z tobą zadaje?-zapytała ironicznie, a ja uśmiechnęłam się lekko.

-Oh, to bardzo proste pytanie, moja droga-dziewczyna skrzywiła się na te dwa słowa ale nic nie powiedziała.-Z pewnością, mogłabym Ci podać wiele mych atutów, ale zajęło by mi to całe wieki, więc sama rozumiesz...

-Jesteś załamującą istotą-mruknęła, wstając , a następnie wgramoliła się na moje łóżko, siadając obok po turecku.

-I co słychać u twojego kochasia?-spytała z uśmieszkiem, wymalowanym na twarzy.-Nadal żygasz mu na buty?

-Ha-ha, bardzo zabawne. Po pierwsze, młody człowieku, on nie jest moim kochasiem. To mój wróg numer 1, a po drugie mogłabym Cię zapytać o to samo.-Emma nieco się zmieszała, słysząc moje słowa.

-Jeśli mnie pamięć nie myli jestem od ciebie starsza.-powiedziała, unosząc jedną brew, co w jej wykonaniu wyglądało komicznie.-I jak to się mówi 'Od nienawiści do miłości'.

Nie odpowiedziała na moje pytanie, a to cwana szycha.

-W tym wypadku, jest to raczej niewykonalne.

-Być może.-przyznała.

-Wiesz już jaką sukienkę założysz na bal?-zmieniłam temat. Mimo, że sprawy balu, obchodziły mnie teraz najmniej, wolałam rozmawiać o tym, niż o sprawach sercowych. Chociaż muszę przyznać, iż temat otwartego związku Emmy jest bardziej, niż interesujący.

Sięgnęłam po butelkę z wodą, która leżała pod łóżkiem. Odkręciłam ją i wlałam sobie zawartość magicznej substancji do ust.

-Myślę, że bielizna wystarczy.-powiedziała poważnie, a ja zakrztusiłam się wodą.

Dziewczyna zerknęła na mnie ukradkiem.

-Żartowałam tylko-mruknęła obojętnie, po czym zaśmiała się krótko.-Twoje reakcje na niektóre sprawy są godne politowania.

Prychnęłam, słysząc jej słowa.

-Myślę, że nie pójdę na bal.-oznajmiła.

-Czy aby ten bal nie jest obowiązkowy? Jeśli nie pójdziesz, to w pewien sposób złamiesz zasady, no nie?-spytałam, chcąc się upewnić, czy moja teoria jest słuszna.

-Zasady są po to aby je łamać.-powiedziała niewzruszona.

No tak, cała Emma Herondale.

Przytaknęłam jej, kolejno kontynuując rozmowę.

-Jednak uważam, że powinnaś pójść-stwierdziłam.-No wiesz...jeśli cię tam nie będzie, dojdzie do kolejnego, równie brutalnego morderstwa. Ale tym razem ofiarą będę ja-wyszeptałam, mimikując strach.-A mordercą Rachel.

Rudowłosa spojrzała na mnie karcąco.

-Żartujesz sobie? Mam iść na ten piekielny bal, tylko po to aby chodzić za tobą krok w krok jak jakaś niańka, ponieważ boisz się, że ten chuderlak się na tobie wyżyje, po tym jak spaliłaś jej włochatego miśka w kominku?-zapytała z niedowierzeniem.

-Właśnie tak-potwierdziłam.

-W życiu nigdy i po też-powiedziała, wstając i rozciągając się.-Wystarczy, że Miranda tam będzie.

-Oj no weź, jak nie dla mnie to chociaż po to aby pilnować swojego chłopaka-może się uda.

Jej spojrzenie było niewiarygodnie ostre i kazało mi się zamknąć.

-Mój chłopak też nie potrzebuje niańki-odparła, krzyżując ręce na piersi.

-Za to przydałaby mu się lekcja dobrego wychowania-mruknęłam.


Przepraszam za błędy!


5 komentarzy:

  1. Genialne! Uwielbiam twoje określenia mentorów ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny rozdział! Czekam z niecierpliwością na nexta! <3

    P.S. Ponieważ prowadzisz świetnego bloga, dostałaś nominację do LBA! Więcej informacji tu--->http://on-aniolem-ona-demonem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Blog ciekawy, nie czytałam jeszcze takiego. Nawet bym nie pomyślała że można na podstawie DA stworzyć inną INTERESUJĄCĄ historię. Życzę weny i mam nadzieję że nie porzucisz tego opowiadania :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad w postaci komentarza.