czwartek, 23 czerwca 2016

Rozdział 11-Młodzieniec.

          Stłumiony pisk rozniósł się echem wśród ciemności. Strach, który przejął kontrolę nad jej umysłem, ciałem czy chociażby duszą...ulotnił się w mgnieniu oka. Widząc blond czuprynę swojego anielskiego mentora uspokoiła się odrobinę,  jednak jej czujność wciąż była na swoim miejscu gotowa do obrony gdyby jednak okazało się, że Carter jest osobą lubiącą posiekać na kawałki drobne—i te bardziej rozbudowane—dziewczęta.

—Na Anioła!—oznajmiła wystarczająco głosno, by zbudzić umarłych, przez co poczuła na sobie karcący wzrok chłopaka.—Wystraszyłeś mnie.

—Co ty tutaj robisz?—chłodny ton blondyna, nie pozostawiał najmniejszej wątpliwości na to,  iż nie jest tu mile widziana. —Tutaj, mogą wchodzić jedynie osoby,  zajmujące wyższą rangę w tej szkole.

Dziewczyna parsknęła śmiechem. Jeśli wielmożny panicz Gideon mógłby należeć do tej szlachetnej 'wyższej rangi' to chyba im się coś w głowie poprzewracało.  I nie...Scarlett wcale nie była oburzona,  dlatego, że  teraz szansa na wykastrowanie go wyparowała  jak bańka mydlana. To nie było oburzenie.

Blondwłosa dziewczyna gardziła Gideonem i dało to się zauważyć na pierwszy rzut oka. A fakt, iż musiała posiadać do niego choć krzte szacunku, z racji,  iż jest na wyższym poziomie nie za bardzo jej pasował.

Natomiast jeśli chodziło o Cartera... no cóż, w tej kwestii jej zdanie było nieco inne. Kiedy tak na niego spoglądała widziała w nim coś więcej niż wyższą rangę, widziała anioła, przez którego praktycznie każda nocna łowczyni, należąca do tej akademii rozpływała się na samą wzmiankę o nim. Zaś jeśli chodziło o jego charakter...zdawał się być oschły na wszystko wokół,  a jego obojętność zdawała się dodawać mu jedynie uroku.

I teraz...kiedy tak przed nią stał, nawet nie zwróciła uwagi na to  ile czasu minęło,  odkąd popadła w głębokie rozmyślania.

—Słyszysz co do ciebie mówię?—anielski głos ocudził ją.

—Ja...nie mogłam spać, więc...—

—To cię nie usprawieliwia —mruknął, następnie wskazując jej drugą stronę.—Odprowadzę cię ale to ostatni raz, gdy puszczam Ci coś płazem.

Nie szarpała się zbytnio gdy poczuła uścisk na ramieniu. Nie mogła zrozumieć jednej rzeczy...dlaczego tak na niego reagowała?  Czuła się jakby ktoś wysysał z niej energię życiową, lecz to uczucie było zaskakująco przyjemne.

_________________________________________

            
             Scarlett uchyliła powieki niewiele minut po ósmej rano. Zmarszczyła lekko nos, aby po chwili psiknąć.

—Na zdrowie—powiedziała uśmiechnięta Miranda, która w mgnieniu oka, znalazła się w polu widzeniu kapryśnej dziewczyny.

Blondynka usiadła, przeciągając się przy okazji, a po chwili podziękowała starszej dziewczynie za 'troskę'.

W pokoju pachniało lawendą, a za oknem świeciło słońce. Czas zdawał się płynąć wolniej,  a spokój panujący wokół dodawał otuchy.

—Czemu tu jesteś? —nastolatka z przymróżonymi powiekami zadała pytanie mentorce, gdy zauważyła, która jest godzina.—Nie powinnaś być na zajęciach?

—Powinnam—przyznała.—I byłabym...gdyby zajęcia nie zostały odwołane.

Ignorując odpowiedź swojej współlokatorki,  Scarlett poprostu wstała,  a raczej próbowała wstać,  lecz uczucie, iż jej nogi przybrały postać waty, skutecznie jej to uniemożliwiło, dlatego upadła na swoje łóżko.

Miranda spojrzała na nią nieco zmartwiona, lecz zanim zdążyła o cokolwiek spytać,  ta odpowiedziała jej:

—Wszystko gra.—

Blondynka westchnęła głęboko,  słysząc krótką wypowiedz podopiecznej ale nie powiedziała już nic więcej, jedynie oznajmiła, że musi iśc coś zalatwić oraz poprosiła Scarlet by ta udała się do jadalni,  zanim jedzenie w magiczny sposób wyparuje.

Ta spojrzała na nią z cieniem uśmiechu, uświadamiając sobie jak bardzo jest głodna.

_________________________________________

         Tej samej pory w Alicante, życie rodziny Johansson było przepełnione pustką i wiecznymi sporami.
    
Słońce dawało sie we znaki, w każdej okazałości,  a widok ptaków,  szukających schronienia przed parzącymi promykami słońca, przywoływał cień  uśmiechu na twarz młodszej siostry Scarlett.

      Soyer przemierzała teraz puste uliczki stolicy, kopiąc w tym samym czasie małe kamienie. Dłonie  schowane miała w kieszenie swoich czarnych szortów, a rozpuszczone włosy,  powiewały na  lekkim wietrze.

Myśląc, że jest sama wypowiedziała kilka przekleństw,  będąc wzburzona takim sporządzeniem losu.

Nawet nie zauważyła kiedy jej oczy się zaszkliły, a z jej oczu poleciały pojedyńcze łzy. Otarła je prędko,  by nie wyjść na słabą, jednak gdyby rozejrzała się dookoła spostrzegłaby, że jest przez kogoś obserwowana.

_________________________________________

Tak jak zazwyczaj,  udała się w zaciszne miejsce, w którym chociaż na chwilę mogła zapomnieć o tym co się wydarzyło.

Las jak zawsze świecił pustkami, bo w końcu uważany był za nawiedzony.
Soyer po raz pierwszy znalazła się tu przypadkiem,  bawiąc się za dziecka w chowanego ze swoją starszą siostrą.

Tamtego dnia zdarzyło się wiele ale nie lubiła o tym wspominać,  po prostu coś od tamtej pory ją tu ciągnęła i nie do końca chciała wiedzieć co, być może dlatego, że bała się prawdy,która mogła okazać sie gorsza od jej własnych przypuszczeń.

Wdychała świeże powietrze, wpatrując się w mało widoczne niebo, przenikające przez korony drzew.
Wzięła głęboki wdech, słysząc,  że ktoś za nią podąrza.
_________________________________________

—Wystraszyłeś mnie—powiedziała z wyrzutem.—Co ty tutaj robisz? Moja matka znów kazała Ci mnie śledzić?

Młodzieniec spojrzał na dwa lata starszą od siebie dziewuche i lekko się uśmiechnął.

—Nie—odpowiedział z przekonaniem.

Blondynka spojrzała na chłopca z niedowierzeniem.

—Tym razem twój ojciec.

piątek, 6 maja 2016

Zawieszam[aktualizacja]

Długo nad tym myślałam i w końcu podjęłam decyzję.
Blog AP zostaje oficjalnie zawieszony do odwołania.
Dziękuje za uwagę i pozdrawiam!

sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział 10-Myśl, myśl, a może coś wymyślisz.

Pojedyńcze, księżycowe promyki oświetlały odrobinę pokój Scarlett i jej dwóch, na swój sposób wyjątkowych
współlokatorek.

Mimo, iż jeszcze trochę czasu pozostało do wschodu słońca, blondynka nie mogła powtórnie zasnąć, bojąc się, iż te okropne sny, którym można śmiało przyznać miano koszmarów, wrócą, a co gorsza staną się rzeczywistością. Sama myśl o tym, że coś mogłoby stać się jej siostrze, przyprawiała ją o stan głebokiej zadumy.
Soyer była jedyną osobą, dla której Scarlett podjęła jakiekolwiek starania i chęci do dalszego życia, a fakt, iż nie miała z nią kontaktu, już od wielu dni, sprawiał, że zaczynała się o nią martwić.

Westchnęła głęboko, kiedy po raz 30 odwróciła się na drugi bok.
Usiadła powoli, wspomagając się dłońmi, po czym przetarła odrobine, zaspane oczy. Zrzuciła z siebie kołdrę, następnie przenosząc nogi na podłogę.
Wzięła pierwszą, lepszą bluzę i z obawy, że obudzi Emmę i Mirandę, z niebywałą lekkością uchyliła drzwi, po chwili opuszczając pokój.

Grobowa cisza, panująca w akademii, przyprawiała ją o gęsią skórkę, a ciemność panująca wokół nie dodawała jej odwagi. Jej obecność tutaj, zdawała się być jakimś żartem, no bo ludzie, gdyby komuś powiedziała, że znajdzie się na liście 100 najlepszych łowców, nowej generacji, to zostałaby zjechana jak po maśle, no i prawdopodobnie ona sama, byłaby na liście, nabijających się z niej osób. Niekiedy zastanawiała się czy aby na pewno nie jest adoptowana, a raz gdy zapytała o to ojca, oberwała i to dość mocno.

Spacerowała między korytarzami bez konkretnego celu. Myśl, myśl-a może coś wymyślisz–powtarzała sobie w głowie.

                            ⚫⚫⚫

No i z głową pełną, niepotrzebnych zmartwień trafiła do nieznanego jej dotąd miejsca.

Przystanęła na chwilę, rozglądając się ze zdziwieniem. Kiedy kilka dni temu, była oprowadzana, wraz z resztą swojej grupy, nie przyprowadzono ich tutaj.

Pomieszczenie, jeśli można to tak nazwać, przypominało odrobinę lochy zamkowe. Scarlett weszła w głąb 'więzienia', dotykając palcami, wszystkiego co znajdowało się po drodze.

Łańcuchy przymocowane do ścian, były ogromne, mogące utrzymać nie jedną bestie.
Połamane, deski drewna, walały się po podłodze, a co dziwne wśród nich wiele ksiąg. Podartych, spalonych ksiąg.
To miejsce kojarzyło jej się z białymi istotami. To uczucie przerażenia, gdy wraz z Rachel zostały zaatakowane, myśl, że zaraz umrze i strach przez myśl o cierpieniu siostry...
To wszystko, zdawało się wracać.
To miejsce, z pewnością nie należało do takich, w których można popijać herbatę, prędzej do takich, gdzie zabija się świnie.
Gdy w jej głowie urodził się plan jak najszybszej ucieczki, usłyszała jakiś hałas, dochodzący z głębi lochów.
Teraz wyobraziła sobie, siebie w jakimś chorym horrorze, krzycząc Halo, jest tu ktoś?!

I o mało nie dostała zawału, gdy ktoś  chwycił ją za ramie, obracając w swoją stronę.

                                 

                           ⚫⚫⚫

     Emma Herondale, widząc jak jej współlokatorka opuszcza pokój, z początku pomyślała, że ucieka, ale jaki zbieg, uciekłby w piżamie? Wydawało jej się, iż żaden, ale co ona tam wie.

Spoglądała jedynie na drzwi, które kilka minut temu zostały zatrzaśnięte, z głuchym zgrzytem, leżąc, owinięta w ciepły koc, w taki sposób, że przypominała zawiniętego naleśnika.

A gdy usłyszała dość wyraziste pukanie, skrzywiła się, z początku myśląc, że to do Mirandy, ktoś dobija się o...nawet nie wiedziała, której, ale widząc jeszcze, księżyc na niebie mogła wywnioskować, że jest około 5.

Pukanie nie ustawało, a Emma zdawała się być coraz bardziej wkurzona.
Nie wytrzymując tego monotonnego dźwieku, zeskoczyła z gracją, z górnego łóżka, następnie maszerując do drzwi i otwierając je gwałtownie.

–Zabić cię..–nawet nie spoglądając do kogo mówi, warknęła zirytowana.

–Jeśli chcesz się mnie pozbyć, wystarczyło od razu powiedzieć–słysząc głos Klausa, jej spojrzenie natychmiast powędrowało ku górze. Spoglądała na niego z lekkim strachem w oczach.
Emma Herondale była typem aroganckiej osoby, ale czy to dziwne, że przy tym chłopaku, stawała się bojaźliwym szczeniakiem?

–Co ty tu robisz?–zapytała, starając się mówić obojętnym tonem.

Chłopak spoglądał na nią przez chwilę, zastanawiając się nad sposobem postępowania dziewczyny.

–Czy to dziwne, że chciałem porozmawiać z własną dziewczyną?–zmusił ją do spojrzenia w jego oczy.

–O tej godzinie?–odpowiedziała pytaniem na pytanie–Uh...tak to dziwne.
Spojrzała na niego z irytacją, myśląc sobie...

–Cholera, kiedy zaczniesz zachowywać się tak jak na dziewczynę przystało?–spytał, wyprowadzając młodą Herondale z równowagi.

–Tak, czyli jak? Mam biegać za tobą jak pies na żep i zachwycać się tobą, w ten sposób, co inne dziewczyny?–podniosła głos, a chłopak westchnął.

–Nie o to mi chodziło...–mruknął.

–Ah, no tak, a może tak jak połowa tej budy mam się z tobą przespać?!–krzyknęła rozgoryczona, czym obudziła niejedną osobę.
Miranda siedziała już całkiem rozbudzona na swoim łóżku, przysłuchując się zaciętej dyskusji tych dwojga kochanków. A drzwi od niektórych pokoi, znajdujących się w pobliżu, zaczęły się otwierać, wypuszczając ciekawskich gapiów.

–Em, uspokój się–teraz i chłopak podniósł ton.

–No mów z iloma się przespałeś!–zaczęła go okładać pięściami po torsie, a on chwycił ją za nadgarstki, uniemożliwiając jej powtórzenie tych czynności.
–Może chłopaków, też zaliczyłeś, co?!–wyrwała się mu.

–O ci ci chodzi!?–krzyknął.–Zachowujesz się jak rozkapryszony, psychiczny bachor!–stwierdził doniośle.

Spojrzała na niego z wściekłością.
–Świetnie–powiedziała uśmiechnięta, a później weszła do pokoju, trzaskając drzwiami.

–Świetnie–powtórzył cicho Klaus.

Sorry za błędy.

środa, 27 kwietnia 2016

Ogłoszenie parafialne! +Pytania

Zamiast odpowiadać ma pytania dotyczące następnego rozdziału, w komentarzach, zrobię to tu i teraz.

Kiedy rozdział?
W sobotę zaczyna się majówka, co oznacza, że dodam co najmniej 2 rozdziały.
Prawdopodobne publikacje:
A)Sobota/poniedziałek
B)niedziela/wtorek

A teraz dwa pytania:
1)Mamy tu jakichś shiperów? Jeśli tak to kogo chcielibyście zobaczyć jako parę, no i co sądzicie o otwartym związku Emmy oraz zacofanego Klausa?

2)Jakieś pytania do bohaterów?

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Rozdział 9-Trójkącik z dyrcią

Narracja zmieniona na potrzeby rozdziału! (3.os)

                            Serafinda Kaylie Jackson, czekała na jakiekolwiek wyjaśnienia ze strony swoich podopiecznych, które mogłyby choć w minimalnym stopniu wyklarować całe to zdarzenie.
Siedząc, w swoim biurze o wpół do trzeciej nad ranem, jedyne na co miała ochotę to wpaść w objęcie morfeusza i zignorować całe to zajście, według niej nie będące warte pogawędki z dyrektorką. Jednakże pozostawienie ich samych, bez zaangażowania kogoś dorosłego mogłoby mieć opłakane skutki, zwłaszcza, iż doskonale znała Gideona oraz jego sposób bycia. Nie tyle co z relacji uczeń-nauczyciel. Było to coś znacznie innego, związanego z niedaleką przeszłością, która dla dyrektorki akademii św. Jonathana  była czymś nieprzyjemnym, a same wspomnienia przyprawiały ją o ból głowy.


                     I mogłoby się wydawać, iż minęły wieki zanim otrzymała odpowiedź na pytanie, którego w ogóle nie zadała.

                 -To wina tej smarkuli-zaczął Gideon.-Gdyby wiedziała czym jest przestrzeń osobista,       nie byłoby kłopotu. Mówiąc to spoglądał na Scarlett, z wściekłością wymalowaną na twarzy.
Natomiast dziewczyna, mimo mokrych i sklejonych włosów, a także rozmazanego makijażu, siedziała na miękkim krześle znajdującym się obok tego cynika, z obojętnym wyrazem twarzy. Nie pierwszy raz pakowała się w kłopotu. No i z pewnością nie ostatni.

              -Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że to twoja wina, bo gdybyś się nie urodził nie musiałabym teraz tu siedzieć i wysłuchiwać twoich żałosnych uwag-blondynka nie pozostawała mu dłużna. Jeśli on mógł obrażać ją w tak  bezpośredni sposób(jeśli w ogóle można nazwać to obrażaniem), tym bardziej ona mogła powiedzieć mu prosto w twarz, co o nim myśli.
Powstrzymała się od wypowiedzenia szeregu obelg z zamiarem wysłuchania kolejnych głupot ze strony tego idioty, który w końcu zdecydował się siedzieć cicho.


              Dyrektorka westchnęła głęboko, przypatrując się tej dwójce. I mimo wszystko postanowiła jednak zwrócić uwagę Gideonowi, gdyż jako mentor powinien być bardziej dojrzały i uważać na to co mówi, nawet jeśli jego relacja z tą dziewczyną do najlepszych nie należała. Scarlett uśmiechnęła się pod nosem, słysząc słowa skierowane ze strony Serafindy, w kierunku chłopaka. Ten widząc to zgromił ją wzrokiem, na co ta uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
                                             
                                   -Proszę, idźcie już do siebie-starsza kobieta, mówiąc to, wstała z fotela i przetarła twarz drobnymi dłońmi. Była zmęczona, wykończona, ale życie musiała dodać jej jeszcze więcej problemów, bo jakby mogło być inaczej.


                   Zanim wyszli, dyrektorka niby przypomniała sobie o jakiejś ważnej sprawie i uprzejmie poprosiła Scarlett aby ta zostawiła ich samych.  Ta niechętnie przystała na prośbę Pani Jackson. Niechętnie nie dlatego, iż tak bardzo pragnęła pozostać przy boku tego cynicznego głupca, bo nie chciała, ale dlatego, iż miała cichą nadzieję, iż zdoła porozmawiać z dyrektorką na temat, który nie dawał jej spokoju od samego początku, pobytu w tej jakże stylowej akademii dla popaprańców.
Być może, myśląc tak, obrażała i siebie, no ale myśląc logicznie, każdy jest na swój sposób dziwny i upośledzony psychicznie, a jeśli nie on sam to jego czyny.

                          I z takimi o to myślami odeszła w głąb korytarza, kierując się w stronę pokoju, w którym zapewne czekała na nią rozzłoszczona panna ognista, a także zaciekawiona panna plotkara.

                                                                            ***

                                  Nie pomyliła się. Przynajmniej ten jeden raz.
Weszła do pokoju, otwierając drzwi tak cicho, aby w razie czego, nie zbudzić swoich współlokatorek. Nie minęła sekunda, a ona już została przytwierdzona do ściany przez natłok pytań, których z każdą chwilą zamiast ubywać, przybywało. Pytania Emmy jasno dawały do zrozumienia, że dziewczyna jest wściekła na pannę Johansson, za to, iż zostawiła ją na pastwe losu, zabawiając się z jakimś nadętym bufonem.


                    No i cóż, być może dziewczyna nie dotrzymała swojej obietnicy i nie wróciła do starszej od siebie rudowłosej nastolatki, ale na litość boską, czy to był powód aby oskarżać Scarlett o zabawę w nawiązywanie bliższych relacji z sadystą jakim był syn wszechpotężnej babki, która zwała się Amelia jakaś tam? Nie, zdecydowanie nie. Trzy razy nie! Już nie chciała wspominać o tym, że to właśnie ona mówiła, że osoby w jej wieku nie potrzebują żadnej cholernej niańki.

No i doprawdy, nawet jeśli Emma była pospolitą choleryczką czy Bóg wie kim, nic nie dawało jej prawa do wysuwania tak bezpodstawnych faktów.

Zaś jeśli chodzi o Mirandę...
Tak, ta z pewnością będzie chciała przeprowadzić dekadowy wywiad pod hasłem 'Trójkącik z dyrcią zawsze w porzo' i zrobić z tego skandal, co ostatecznie pozwoli Scarlett umrzeć w ziemi, leżąc obok ddżownic i innych obleśnych owadów jakimi świat został obdarowany.

                   Mając dość tego kwaśnego życia, najmłodsza rzuciła się na łóżko, udając, że żadne słowa do niej nie docierają, dając im do zrozumienia w ten sposób, iż ona ma zamiar iść spać i nie ma zamiaru im się wyspowiadać z prywatnego życia, które i tak było mało warte.

Śniła o tym co zawsze.
Śmierci tych, których kochała najbardziej.
Śmierci tych, którzy walczyli dla niej.





Przepraszam za opóźnienie!

                                                                       



             

                     

                   
                      
           
           
               

                         

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział 8- Śmierć godna prawdziwego bohatera



                 Nadzieja na to, że uda mi się opuścić ten niemiłosierny bal, zniknęła tak prędko, jak uszatek Rachel został spalony na stosie. Oczywiście jeśli przez stos rozumiemy kilka patyków drewna, leżących w szkolnym kominku. Śmierć godna prawdziwego bohatera, czyż nie?

         Mimo, iż moja obecność w sali pełnej spoconych ludzi, ocierających się o siebie jak w jakimś nocnym klubie, z pewnością przeznaczonych dla istot, których przedział wiekowy przekraczał 18+,  była raczej zbędna, to i tak tu byłam. Zaciągnięta siłą, niemal nie poniosłam krzywdy śmiertelnej.
A sprawcą tego wszystkiego była moja ukochana współlokatorka, mianowicie Miranda Cosgrave, która swoją drogą, była także mentorką jednej z grup, szkolących się na łowców aniołów potępienia.
Mimo, iż powinna być niezwykle odpowiedzialną osobą, zdążyłam się już zapoznać z jej 'aktami'. Nie pytajcie jak, gdzie i kiedy, bo i tak nie odpowiem, gdyż to ściśle tajne. Jednak sądzę, iż mentorami są skrajnie nieodpowiedzialne oraz lekko szajbnięte osoby. Oczywiście nie obrażając nikogo. To tylko, i wyłącznie, moje skromne zdanie.

          Sala była przyozdobiona kolorowymi balonami oraz serpentynami, a ciemne pomieszczenie, było oświetlane, przez neonowe światła, które szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia skąd wytrzasnęli.Tak jak już wcześniej wspominałam, cała sala ogółem przypominała klub nocny.
A większość ludzi, mimo wpatrujących się w ich osoby gałek ocznych nauczycieli, nie szczędziła sobie okazywania czułości. Obrzydlistwo. Nie mogąc dłużej znieść tego wszystkiego, postanowiłam zająć się rozmową z Emmą, która równie okropnie jak ja znosiła przebywanie tu, oraz równie karcąco, spoglądała na tych wszystkich osobników. Ach, no i równie została tu zaciągnięta siłą.
Chociaż, nie ukrywam, iż walczyła z Mirandą zacięcie. No ale cóż, jak widać w walce pomiędzy blondynką, a rudzielcem wygrywa ta głupsza. (Z szacunkiem do wszystkich blondynek, którą ja również jestem).

A teraz ja i ona byłyśmy zmuszone, siedzieć tu, udając, że jesteśmy niezwykle poruszone tym wydarzeniem. Znaczy ja udawałam, natomiast starsza jedynie wlepiała swoje oczęta w postać, stojącą gdzieś za mną. Obróciłam się w ten sposób, aby przyjrzeć się obiektowi jej westchnień.
Klaus Lightwood, osoba, którą w obecnej chwili otaczało stado dziewczyn, z czego zapewne kilka z nich było dziewicami, których marzeniem była, aby ta kupa mięśni...sami wiecie.

Spojrzałam powtórnie na młodą Herondale, która wydawała się być znacznie zaniepokojona, tym co może się tam wydarzyć. No i tak, o to dochodzimy do kolejnej ważnej sprawy, którą jest oficjalne obwieszczenie, iż panna Emma Herondale oraz panicz Klaus Lightwood są w otwartym związku.
Ten świat jest tak absurdalnie pokręcony, że aż brak mi na niego słów.
Oczywiście nie jestem osobą, sądzącą, iż związek otwarty jest czymś karygodnym, jedyną rzeczą dla której go nie trawie jest fakt, iż zazdrość to fundament rozpadu związku. A żeby mieć możliwość posiadania partnera nie tylko dla siebie jest potrzeba posiadania dystansu do rzeczywistości, którą jesteśmy osaczeni. Natomiast kiedy widzę jak Emma spogląda na swojego chłoptasia, doskonale zdaje sobie sprawę, że ona niestety tego nie ma.

-Nie patrz się tak na niego, bo jeszcze pomyśli, że Ci zależy-mruknęłam od niechcenia, krzyżując ręce na piersi, podkreślając tym samym swój całkiem wydatny biust.

Wzrok dziewczyny natychmiast zmienił kierunek, a ja czułam się dziwnie, czując na sobie wzrok rudowłosej.  Prychnęła cicho, patrząc na mnie z niezrozumieniem.

-Nie mam pojęcia o czym ty pierniczysz-mówiąc to, wzięła do ręki kieliszek z winem, którego o dziwo mogliśmy się napić.
Zastanawiam się czy to jest szkoła dla pozerów czy dla łowców.

-No nie wierzę, aroganckie dziewuszysko powstrzymało się od wypowiedzenia przekleństwa-udałam zachwyt, po czym nałożyłam sobie na talerz kawałek bagietki czosnkowej, która przyprawiała mnie o ślinotok.

-Jesteś jeszcze gorsza od Rachel-stwierdziła ponura, a jej mina wyglądała jakby duchem była na pogrzebie miśka Forest.

Jednak powiedzenie, iż moja głupota przewyższa bezmyślność Rachel, było skandalicznym posunięciem. A pro po Rachel, mówiłam już, że nie odzywa się do mnie od kilku dni? Nie? No to teraz wam mówię, panna Forest znalazła sobie nowe towarzystwo w postaci sukowatej Zary Stone. Czyż pozycja 'sekretarki' najwredniejszego babsztyla w szkole nie jest spełnieniem marzeń?

Skubiąc bagietkę, szukałam wzrokiem dziewczyny, o której była mowa.

-Szczerze powiedziawszy, trochę mi jej żal-stwierdziła rudowłosa, patrząc na mnie z uniesioną brwią, jakby miała do mnie jakiś problem.

-A komu nie byłoby żal dziewczyny, która jest chora psychicznie, zadaję się z ostrą szychą w szkole i nieumyślnie doprowadza do prawie śmierci, osób,  które co dopiero poznała?-spytałam, wstając.

-Gdzie idziesz?-ton dziewczyny wydawał się być nieco przestraszony, nie pominę faktu, iż jej wzrok w tym momencie wędrował ode mnie do Klausa i  z powrotem. Ja na jej miejscu sprzedałabym mu kopa w tyłek i wywaliła z chaty. No cóż, może nie dosłownie, bo nie mamy tu żadnej chaty.

-Idę poszukać Mirandy, jestem zmęczona i mam zamiar przynajmniej kilka godzin spędzić, w spokoju, z dala od tej hołoty-oznajmiłam smętnie, a widząc niepokój w oczach Emmy, który swoją drogą nie pojawiał się tam często (przynajmniej od czasu, kiedy ją poznałam), dodałam, że zaraz wrócę.

Zanim ruszyłam na poszukiwania mojego celu, obrzuciłam jeszcze jednym piorunującym wzrokiem, chłopaka dziewczyny, który akurat w tym czasie spojrzał w moją stronę, a jego mina pozostawała obojętna, gdy ujrzał, że te pioruny są celowane ku niemu. Naprawdę nigdy nie zrozumiem jak Emma może być z kimś, kto nawet nie widzi w jakim jest stanie, a jedynie lata za innymi dziewczynami jakby nie miał własnej. Nawet jeśli są w otwartym związku, powinny być jakieś zasady, no nie?
Żałosny typek urwany spod bananowca, który nie wiem czy w ogóle istnieje.

Wracając do moich poszukiwań...
Przechodzenie w sukience, pomiędzy zboczeńcami, zapewne nie wróży nic dobrego, ale ja jak to ja muszę oczywiście mieć w 4 literach prawa fizyki, czy cokolwiek jak to się nazywa.
I oczywiście ja jako pierwsza po nagrodę nobla fajtłapa, muszę wpaść na kogo?
Cholernego dupka od fontanny.


Żyć nie umierać.

No cóż, nic by takiego się nie stało, gdyby nie malutki problem. Sądzę, że wielka czerwona plama na białej koszuli, raczej nikomu by do gustu nie przypadła.
No, a już na pewno nie panu wypierdkowi mamuta.

Jego spojrzenie było tak cholernie irytujące, że nie dało się powstrzymać zapewne zbędnego komentarza:

-O kurczaczki, jak to jest okresować z koszuli?-spytałam ironicznie.

Chłopak spojrzał na mnie chłodno, a następnie jak gdyby nigdy nic wziął kieliszek swego kolegi, którego zawartość, po chwili znalazła się na mojej głowie.

-Jak to jest okresować mózgownicą?-odpowiedział równie ironicznie, uśmiechając się do mnie sztucznie. Kilka osób zebrało się w koło, śledząc przebieg wydarzeń, ale liczniejsi bawili się i tańczyli dalej. Natomiast ja miałam w głowie tylko jedno pytanie, a odpowiedź na nie, mogła zaważyć nie tylko o życiu tego zacofanego cynika.

Czy
On
Właśnie
Zepsuł
Moją
Fryzurę
?


A więc wojna.